Pewnej nocy cos poruszylo spokojna ton wokol lodzi. Woda zmarszczyla sie, lekko zawirowala, a potem nienaturalnie wybrzuszyla sie. Nie bylo wiatru, obserwowali wiec zjawisko z niepokojem. Na wyjasnienie nie bylo im dlugo czekac. Woda zawirowala, jak by zawirowana od spodu ogromna dlonia i tuz obok lodzi wynurzylo sie ogromne cielsko, przypominajace nadymany, monstrualnie wielki czarny worek.
Z przerazeniem dostrzegli wielkie oczy, polozone przy jego koncu, uwaznie lustrujace ladunek lodzi. W chwile pozniej lustro wody przebily ogromne ramiona, pokryte mackami, jako zywo przypominajace wijace sie weze. Przez moment celebrowaly w powietrzu, jakby mierzac swoje sily, a nastepnie zawirowaly i opadly na najblizszego marynarza. Nim zdarzyl krzyknac, porwaly go w powietrze i blyskawicznie sciagnely pod wode.
Kraken rownie szybko, jak sie pojawil, tak zapadl ze swoja ofiara w otaczajace glebiny. Na lodzi struchlali marynarze bali sie odetchnac. Noc potegowala wrazenie tego, czego byli swiadkami. Dlugo nasluchiwali, czy nie pojawi sie ponownie, bezradnie szukajac w lodzi czegos, co mogloby sluzyc do obrony. Niestety, nic nie znaleziono.
Dopiero kiedy nadszedl swit, odetchneli. Kolejnej jednak nocy spektakl powtorzyl sie. Kalamarnica znowu pojawila sie przy lodzi i sciagnela z niej nastepnego rozbitka. Na nic zdala sie opor trzymajacego sie kurczowo lawki. Macki zacisniete na ofierze bez trudu poderwaly go w powietrze, uniosly go do gory, a nastepnie wciagnely pod wode...
W pare dni pozniej rozbitkow dostrzegl przeplywajacy nieopodal statek hiszpanski. Kiedy zblizono sie do lodzi, dostrzezono na niej juz tylko trzech, konajacych ludzi. Jeden z nich, porucznik Cox, spisal pozniej cale zdarzenie. swiadectwem, ktore potwierdzalo wiarygodnosc opowiesci, byly liczne na ciele rany po mackach morskiego monstrum.